Ostatnio zgrałem sobie do samochodu kilka albumów, które wprawdzie trochę już znałem, ale jak dotąd dość wybiórczo. Alphaville - "Forever Young". Każdy zna oczywiście wielkie przeboje z tej płyty, ale smakowitości jest tam więcej. Nie ma tam właściwie słabej piosenki, znakomity przykład ambitnej muzyki pop. Talk Talk - "The Colour of Spring". Może nie tak przebojowa, bardziej wyciszona, ale też świetna i bogata płyta. Trochę klimaty Byrne'a, ambitne eksperymenty brzmieniowe i rytmiczne. Bardzo dobra. Joy Division - "Unknown Pleasures". Oczywiście. "New Dawn Fades" uwielbiam od lat, ale po resztę sięgałem rzadziej. Cóż, wymaga ta muzyka szczególnego nastroju. Spójna rzecz, choć często zdarzało mi się przełączać. R.E.M. - "Automatic for the People". Rzecz jasna "Everybody Hurts" lubi każdy. Reszta na ogólnie dobrym poziomie, ale raczej nie budzi we mnie jakichś specjalnych emocji. Velvet Underground - debiut. Nie moje rejony, choć bardzo inspirujące dla wielu kontynuatorów. Nie trzeba zbyt dobrze grać, by coś muzyką wyrazić. Mnie jednak szybko nuży ta płyta.