Ładnie przygotowane, świetnie, że ta dziewczyna spełnia się w muzyce - słysząc zapewne więcej niż inni. Co do King Crimson - oczywiście, pełna zgoda. Pink Foyd jednak moim zdaniem również do dziś brzmi rewelacyjnie, szczególnie te płyty, na których rządzi Waters (czyli niemal wszystkie). Nie ma tam instrumentalnych popisów dla samego popisywania się, jest genialny przekaz - dlatego to ponadczasowa muzyka. "Meddle", "Dark Side...", "Wish You Were Here", "The Wall", "Animals", uwielbiana przeze mnie "Final Cut" - to przecież totalne mistrzostwo kompozycji, aranżacji, spójności całego albumu jako wyrażenia pewnych idei. A jak zagrali w Pompejach... Większy problem jest z ELP, Yes i Genesis. Zacznę od końca - w ostatnich latach polubiłem Genesis Collinsa. Krótsze formy, nowocześniejsze brzmienie. Nie wszystko lubię, ale taki "Brazilian" mógłbym słuchać na okrągło. Czasy z Gabrielem szanuję, ale jest tam dla mnie mniej ciekawego niż u pozostałych wymienionych w tym akapicie zespołów ("Lamb Lies..." wysłuchałem chyba z dwa razy najwyżej). Yes to dla mnie dwie genialne płyty i sporo świetnej muzyki rozproszonej na pozostałych albumach, choć jest też kilka wpadek. Nie uznaję ostatnich "dokonań", oczywiście. No i ELP, moja szczególna miłość. Zgodzę się, że to nie jest współczesne brzmienie. Ale nawet jeśli klawiszowe eksperymenty Emersona od razu nie pozostawiają wątpliwości, że to lata 70., to sama idea muzyki ELP jest dla mnie czymś wspaniałym - poszukiwania, eklektyzm, ostentacyjna wirtuozeria i... sporo samouwielbienia. Geniusze mają do tego prawo. ELP to dla mnie bez wątpienia jeden z zespołów wszech czasów, a na mojej prywatnej liście nr 2 chyba. Camel znam słabiej, choć to, co puszczali Kaczkowski czy Kosiński zawsze budziło mój szacunek. Trochę zawsze brakowało mi szaleństwa, jakiejś ostrości i ciężaru w tej muzyce, ale swoje odczucia budowałem na wybranym obszarze działań grupy. Kiedyś posłucham więcej - zaprezentowane przez Ciebie nagranie brzmi fajnie, zaskakująco dobrze jak na późny już w sumie czas - lata 80. to przecież krytyczny okres dla gigantów lat 70.