W końcu przesłuchałem w całości ostatni, a jednocześnie pierwszy po chyba ponad 30 latach studyjny album CORONER. I muszę przy tej okazji wrzucić parę zdań. Imperatyw moralny.
Przez lata CORONER funkcjonował u mnie jako „zespół, który był”. Coś z przeszłości, gdzieś z końcówki lat 80-tych i początku 90-tych, kiedy przewijały się u mnie prawdziwe piramidki winylowych nowości. Płyta na talerz, szybkie „dziab-dziab-dziab” igłą po minucie-dwóch, następna… i w tym natłoku CORONER to był w mojej głowie taki „gorszy Celtic Frost”, z domieszką King Diamond „na lekkiej amfie” - niby techniczny, niby ambitny, ale bez tego jednego, wyraźnego "momentum", jakiś taki w sumie nudny i do zapomnienia.
A teraz? MASAKRA. I to w najlepszym możliwym sensie.
Ten album to jest pokaz absolutnej, dojrzałej maestrii kompozycyjno-technicznej. Tu nic nie jest przypadkowe. Każdy riff siedzi tam, gdzie powinien - to jest fantastycznie przemyślana architektura brzmienia.
Utwory są zbudowane fenomenalnie. Riffy - ostre, ale jednocześnie niezwykle chwytliwe - wracają w odpowiednich momentach, ale nigdy w oczywisty sposób. To nie jest opcja „refren, który pamiętasz”, tylko motywy, które zaczynają ci chodzić po głowie, bo są mega sprytnie zaszyte w strukturze kawałków.
Sekcja rytmiczna gra z precyzją kardiochirurga, ale bez dusznej sterylności. Produkcja jest krystaliczna, selektywna, a jednocześnie ciężka - wszystko ma przestrzeń, nic się nie zlewa, ale też nie brzmi plastikowo - jak wiele "niby nowoczesnych" produkcji współczesnego, technicznego metalu. Słychać każdy niuans, każdą zmianę artykulacji, każdy detal aranżacyjny.
I co najważniejsze: to jest muzyka, która mimo całej tej technicznie wyrafinowanej warstwy po prostu „wchodzi i zostaje”.
Po chyba trzykrotnym z rzędu przesłuchaniu ostatniego CORONERA wróciłem w ten weekend do starszych płyt grupy. I mam wrażenie, że dopiero teraz zrozumiałem, czym CORONER naprawdę jest. Nie „gorszy Celtic”, nie "naspidowany Diamond", nie przypis do historii - tylko zespół, który miał wizję mocno wyprzedzającą swoje czasy. A ten najnowszy album to dowód, że ich wizja nadal działa.