„Samotność długodystansowca” Alana Sillitoe to jedna z tych książek, które pachną światem, który jeszcze trochę istniał w latach mojego dzieciństwa, ale którego teraz już zupełnie nie ma. Wracam do niej co jakiś czas – to dla mnie, jak przesłuchiwanie starego albumu nagranego w świecie analogowym, który wciąż rozwala system w dobie wszechobecnego „digitalu”. To także książka, która przypomina, że dobra literatura nie musi być elegancka ani „ważna” - wystarczy, że jest autentyczna. Tu nie ma terapeutycznych afirmacji. Jest chłód, frustracja, ludzie wkurwieni na wszystko i poczucie, że świat od początku był ustawiony nie pod nich. I to, że - mimo wszystko - potrafią powiedzieć temu światu „zapraszam wypierda...ć!” i żyć po swojemu, według własnych reguł. Zachować godność pomimo bycia na dnie. Bez udawania, że życie ma sens tylko dlatego, że ktoś wrzucił cytat motywacyjny z LinkedIn. „Wojny, które rząd prowadzi, to nie moje wojny, nic nie mam i nie będę miał z nimi wspólnego, bo mnie obchodzi tylko moja własna wojna.” To trochę taki „ból wyzwolenia”. Świetnie to widać również w filmie Tony'ego Richardsona...
W tym wydaniu jest jeszcze opowiadanie „Córka szmaciarza”. Mam chyba nawet większy sentyment do tego opowiadania niż do samej „Samotności…”. Jest w nim coś esencjonalnie brytyjskiego - taka mieszanka smutku, wstydu, czułości i życiowego syfu, którego nikt nie próbuje pudrować. Sillitoe miał niesamowity dar opisywania ludzi, którzy niby są „zwyczajni”, ale noszą w sobie całe pokłady samotności, gniewu i niespełnionej miłości. Pisał o ludziach zmęczonych, biednych, pogubionych i często samotnych, ale robił to z jakąś ujmującą czułością. Nawet kiedy bohaterowie są cyniczni albo zwyczajnie trudni do lubienia, czuje się, że autor ich rozumie. „Czasami widuję syna Doris, jak pędzi ze szkoły do domu.Teraz to jest duży chłopak.Mogę go obserwować bez pokusy wpakowania głowy do piecyka gazowego.Patrzę na niego i śmieję się do siebie, jestem szczęśliwy,że mogę go czasem zobaczyć.” I właśnie dlatego bardzo lubię też tę „Córkę szmaciarza”. To opowiadanie ma w sobie coś wyjątkowo gorzkiego. Nie dzieją się tam wielkie rzeczy, nie ma fajerwerków, a mimo to zostaje w głowie. Jest w nim emocjonalny chaos i takie poczucie, że bohaterowie próbują jakoś przeżyć życie, chociaż nikt nie zadał sobie specjalnie trudu, żeby ich do tego przygotować. O ile w ogóle można.