Są takie książki, które się „czyta”. I już. I tyle. I są takie, które człowieka resetują i ustawiają na resztę życia.
Pierwszy raz czytałem „Okruchy dnia” lata temu. Najpierw, zresztą, obejrzałem film – chociaż za pierwszym razem właściwie go tylko „zaliczyłem”. Potem lektura. Wręcz obowiązkowa – musiałem to przeczytać na studiach. Wtedy wydawała mi się dosyć dziwną historią o perfekcyjnym kamerdynerze, który traktuje swoją pracę z religijną wręcz powagą. Facet żyje etosem służby, mówi o godności zawodu, o wielkości domu, o standardach. Wszystko pod kontrolą, wszystko na swoim miejscu. Angielska herbatka o właściwej temperaturze i emocje w odpowiedniej szufladzie.
Za drugim razem zobaczyłem w tej książce coś znacznie mniej eleganckiego. Unikanie życia. Nienaganne odgrywanie swojej roli, a jednocześnie nie dopuszczanie do siebie choćby jednej zagrażającej tej roli, naprawdę niewygodnej myśli.
Ishiguro nie krzyczy. Nie moralizuje. Nie wali pięścią w stół. On pozwala, żeby czytelnik sam zobaczył pęknięcie. I to pęknięcie zostaje w głowie na długo.
Stevens jest jedną z najbardziej tragicznych postaci literackich, jakie znam. Konsekwentnie wybiera „powinienem” zamiast „chcę”. I robi to tak długo, aż zostają mu tylko wspomnienia i bardzo dobrze wyprasowana godność.
Film z Anthonym Hopkinsem i Emmą Thompson jest znakomitym dopełnieniem książki. Rzadko kiedy adaptacja dorównuje książce, która sama w sobie jest arcydziełem. Tu dorównuje. Hopkins gra tak, jakby połowę emocji trzymał pod skórą, a drugą połowę jeszcze głębiej. Ale… gdzie? Jedno spojrzenie, jeden minimalny gest i człowiek wie, że tam pod spodem jest cały niewypowiedziany świat.
Dlaczego to jedna z najważniejszych książek mojego życia? Czytałem ją w różnych momentach i za każdym razem widziałem w niej coś innego. Za pierwszym razem uderzył mnie chyba przede wszystkim zimny profesjonalizm. Za drugim widziałem już także koszt. Dziś widzę również ostrzeżenie. Ostrzeżenie przed życiem w trybie „powinienem”, zamiast „chcę”.
Przed odkładaniem spraw najważniejszych „na później”. Przed przekonaniem, że lojalność wobec roli, często tak naprawdę nam narzuconej, której sami wcale nie wybieramy, jest ważniejsza niż lojalność wobec samego siebie.
Ishiguro pisze spokojnie, niemal chłodno, ale efekt jest jak cichy cios. Bez fajerwerków. Bez patosu. A jednak trafia. To nie jest książka, która daje cytaty na Instagram albo FB. Raczej zostawia człowieka z dość niekomfortowym pytaniem: czy na pewno żyjesz swoim życiem, czy tylko bardzo dobrze odgrywasz przydzieloną rolę? Im jestem starszy, tym częściej wraca do mnie to pytanie - na pewno znacznie częściej niż bym chciał.
Ale jest jeszcze Lord Darlington. On jest „rozsądny”. „Umiarkowany”. „Zatroskany o pokój”. I właśnie to jest w tym najbardziej niepokojące. W nim nie ma demonicznego zła. Jest naiwność podszyta próżnością. Jest przekonanie, że „my tu na salonach wiemy lepiej”. Że można zapraszać nazistowskich dygnitarzy na kolację i w ten sposób „wpływać na bieg historii”. A Stevens stoi obok. Dosłownie i metaforycznie. Poleruje srebra, kiedy świat się sypie. I broni swojego pana nawet po wojnie, nawet gdy fakty są już oczywiste. Nie dlatego, że jest ideologiem. Dlatego, że jego tożsamość jest zbudowana na lojalności. Samuraj i jego pan. Lord Darlington to daimyō Stevensa. Tyle, że po upadku Darlingtona główny bohater nie staje się roninem. W jego przypadku to już nie jest nawet lojalność wobec konkretnego człowieka. To jest lojalność wobec samej idei służby. Nawet, jeżeli to idea, która... się rozpadła.
I niech Was nie zmyli imię i nazwisko brytyjskiego pisarza: Kazuo Ishiguro.