Obejrzałem w końcu „Queer” z Danielem Craigiem. O Sodomo i Gomoro!
Ale serio: niezłe kadry, dużo palenia papierosów, chlania, ćpania, rzygania i patrzenia w dal, ludzie chodzą spoceni po pokoju przez 12 minut, a potem "bunga bunga". Muzyka (bardzo fajna, zarówno oryginalny soundtrack, jak i zestaw wykorzystanych piosenek) mówi widzowi: „UWAGA, TO JEST GŁĘBOKIE”. Tylko, że już w trakcie seansu (a po filmie jeszcze bardziej człowiek się zastanawia, co właściwie jest tu takie "głębokie".
Craig gra bardzo dobrze. Naprawdę. Momentami wręcz brutalnie naturalnie i bez bondowskiej pozy. Łatwo mu pewnie nie było, ale - kto wie - może liczył na jakieś statuetki. Tylko że sam film jest umiarkowanie przekonujący w samej treści. Bardziej „stan” niż jakaś historia.
W nieco chuligańskim podsumowaniu ktoś napisał: „Film starego pedała o starym pedale zrobiony na podstawie książki ‘Pedał’ starego pedała”. I esencjonalnie jest to sama prawda.
Luca Guadagnino pewnie liczył na powtórkę z „Tamtych dni, tamtych nocy”. Przy „Call Me by Your Name” ten cały styl jeszcze działał. Była młodość, wakacyjna nostalgia, Włochy, emocjonalne napięcie i poczucie, że pod tym pięknym obrazkiem coś mocniej pulsuje. W „Queer” mam już momentami wrażenie, że zostaje głównie sama estetyka i atmosfera. Jakby reżysera bardziej interesowało światło wpadające przez okno niż to, co dzieje się między ludźmi.
A może po prostu jestem starzejącym się heterykiem i nic nie rozumiem.