Dopisuję się do grona zwolenników europejskiej koszykówki. Kto mnie zna, ten wie, że "zawsze tak było".
Ja też wychowałem się na NBA lat 90-tych (pokolenie urodzone w połowie lat 70-tych) i dla mnie obecna NBA jest momentami niestrawna. Czasami przymuszam się, żeby obejrzeć mecze NBA, ale niestety nie sprawiają mi tyle radości co kiedyś. Klimat jest inny (nawet muzyka w przerwach mnie drażni - kiedyś leciał często Gary Glitter lub coś ostrzejszego). No ale mówimy o samym przebiegu meczów. To nawalanie za 3 po prostu staje się nudne. Jak to robiło kilka zespołów (GSW, Houston d'Antoniego) to jeszcze było ok, ale jeśli robią to wszyscy i mamy w meczu po 40-50 rzutów z dystansu? To już nie jest fajne. Generalnie mamy albo rzut za 3, albo wjazd pod kosz lub jakieś dogranie po wejściu lub ścięciu kolegi z zespołu. W ogóle zniknęły prawie izolacje lub gra tyłem do kosza, nie mówiąc już o masowaniu się pod obręczami i zastawianiu przy zbiórce.
Co jest temu winne? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Ktoś kiedyś wyliczył, że lepiej jest trafić 3/10 za 3 lub 4/10 za 2 przy twardej obronie i się zaczęło. A więc:
1. Mamy cały system szkolenia w USA. Tam się szkoli przede wszystkim pod kątem indywidualnych umiejętności. Liczy się przede wszystkim atletyzm, wyskakanie i... rzut. Przecież teraz prawie wszyscy gracze (ze sporadycznymi wyjątkami) potrafią rzucić za 3. A szkolenie w Europie jest zupełnie inne. Tam się szkoli do gry w koszykówkę, ale przede wszystkim do gry zespołowej. Dziwnym trafem czołowymi graczami NBA są Europejczycy (Jokić, Doncić), którzy zjadają większość graczy amerykańskich boiskową inteligencją. Co z tego, że nie skaczą tak fajnie, nie są za szybcy, są grubi, ale są inteligentni. I potrafią świetnie wykorzystywać braki rywali oraz... sposób sędziowania.
2. Mentalność. W Stanach mamy mentalność herosów. Jak ktoś już zyska status gwiazdy, to gra musi toczyć się wokół niego. Więc oddają po kilkadziesiąt rzutów w meczu, piłka musi iść do nich, a sędziowie baczniej się przyglądają, czy ktoś ich fauluje. Wiadomo - gwiazda, heros - nie można dotykać.
3. Przepisy. Jasne. W kwestii obrony wygląda to jak wygląda, ale trzeba pamiętać, że w latach 90-tych nie dopuszczano gry strefą, anwet ograniczoną jak obecnie. Inna sprawa, że wtedy pozwalano obrońcom na dużo, dużo więcej. Była cała masa takich pojedynków w RS i serii w play-offach, kiedy była po prostu rzeźnia. Pojedynki Heat-Knicks na przykład, zmagania Byków z twardymi rywalami ze wschodu czy też gra w defensywie Pistons Daleya na przełomie lat 80 i 90. (prekursorzy). Przecież taki Laimbeer wylatywałby zaraz po pierwszym czy drugim "twardym" faulu. Przy okazji polecam finały Houston-Knicks - dla mnie kwintesencja rzeźni. Ale to się oglądało 😎.
Innymi słowy przez lata Europa przez lata goniła NBA. Może nie dogoniła, ale w wielu aspektach europejski basket jest o wiele ciekawszy. Tam jest walka zaangażowanie, twarda defensywa i przede wszystkim gra (obrona) zespołowa. Grają zespoły, a nie zlepek indywidualności. I owszem, gwiazdy p-ełnią tam ważną rolę, ale wtłaczani są w taktykę zespołu. I to jest piękne.
Aha, no i trzeba pamiętać, że boiska w NBA są minimalnie większe, a przy rozszerzonej grze (dużo rzutów z dystansu) i systemach obronnych obrona bliżej kosza wygląda o wiele słabiej.
Owszem, w play-offach w NBA jest dużo ciekawiej. Tyle tylko, że sezon regularny w NBA jest długi i momentami nudny, podczas gdy w takiej Eurolidze (czy innych czołowych ligach) gra się na poważnie od początku sezonu, a na play-offy szykuje się coś ekstra.
PS.
Jeśli chodzi o reprezentacje, to z tym różnie bywa. Amerykanie nie mają już takiej przewagi jak kiedyś, no i jednak muszą przyzwyczaić się do grania w systemie FIBA-owskim. Często też nie są do końca przygotowani (w pełni formy fizycznej) i zgrani. Dlatrego, gdy nie ma największych gwiazd i nie są zmobilizowani, to spokojnie są do ogrania przez zespoły z Europy (na ostatnich MŚ moim cichym faworytem byli Niemcy, bo mieli mocny skład z graczami z NBA, a do tego oni wszyscy byli wyszkoleni po europejsku). Jeśli chodzi o pojedynki USA z największymi gwiazdami, a reszta świata, to polecam mecze finałowe z igrzysk z 2008 ii 2012. Tam naprawdę Hiszpanie postawili się amerykańskim supergwiazdom (swoją drogą kapitalne mecze).