Skocz do zawartości
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki, które zawierają...
Szukaj wyników w...

ireo

Użytkownik
  • Liczba zawartości

    1507
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Zawartość dodana przez ireo

  1. Cena akceptowalna. Jeśli bardzo Ci zależy na oszczędnościach, można poprosić o konkurencyjną ofertę w innej pracowni spośród polecanych na Forum. Ceny usług zegarmistrzowskich będą raczej rosnąć a nie spadać, więc nie warto z tym za długo czekać. Ja tymczasem zabieram się za czyszczenie koperty i bransolety mojego PRX-a. Mechanizm może jeszcze poczekać.
  2. Z podziękowaniem dla @SPS za inspirację książkową.
  3. Chyba tak i "sportowej marynarki w kratki w brązie" też bym na taką okazję nie wybrał.
  4. No dobra, dobra, raz wystarczy 😀
  5. Nie namawiam, ale to właśnie o opiniach można dyskutować. O samych faktach nie ma sensu, wystarczy je poznać. Wiem, że taki miałeś cel. Bardzo ładnie Ci wyszło, tylko niepotrzebnie założyłeś że chodziło o "dyskredytowanie", które mnie nie interesuje. Co innego wyrażanie odmiennego zdania niż większość albo kwestionowanie popularnych klisz, to nie jest to samo. Gdybym np. napisał, że jakiś znany projektant to złodziej, albo że się znęcał nad dziećmi, to by było "dyskredytowanie niezależnie od osiągnięć". Chodziło o spojrzenie na te "osiągnięcia" z innej strony i w szerszym kontekście, a mój wniosek był taki, że mnie ten konkretny projekt nie przekonał. To są dwie różne rzeczy.
  6. Fajny. Cenię te zegarki za oryginalność, są jedyne w swoim rodzaju i rozpoznawalne natychmiast (nie dotyczy nowych, szpiczastych "1959 Re-creation" i "Re-interpretation", które miały być powrotem do korzeni). To wersja bez lupki, czy zdjąłeś?
  7. ireo

    Klub HERITAGE

    Ten GS i Explorer I to bardzo dobry zestaw.
  8. Janie! 😀 Wprawdzie „Geralt” to chyba postać znana szerzej jako „Wiedźmin” (nie mam pewności bo nie czytałem), ale poza tym sam bym tego lepiej nie napisał 👏 Największe zegarkowe sukcesy Geralda Genty kojarzą mi się bardziej z estetyką klucza francuskiego niż z morzem, ale mógłbym się śmiało podpisać pod określeniem „styl pseudomarynistyczny". Miłosiernie załóżmy, że wzięło mu się to z tęsknoty za odległym morzem. Ale po Jeziorze Genewskim można przynajmniej popływać statkiem (nawet sporym), a o prawdziwego kowboja w Bronksie raczej trudno (chyba, że to „Midnight Cowboy”). Nie muszę dodawać, że Lauren nigdy nie grał w polo. Chociaż do dorobku Genty mam stosunek ambiwalentny, nie sposób zaprzeczyć że wywarł gigantyczny wpływ na obecne wyobrażenie o zegarku naręcznym. Nie wiem tylko czy był to wpływ wyłącznie pozytywny, bo nie wiadomo jak zegarkowy design rozwinąłby się bez Genty, który totalnie zdominował branżę ponad stoma tysiącami swoich projektów, podobnie jak Le Corbusier „zapudłował” architekturę tak skutecznie, że nawet w niedawno powstałym Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie można odnaleźć jego wpływ, wywołujący zresztą kontrowersje podobne do tych, które kiedyś prowokowały projekty Le Corbusiera. Niezależnie od żartów i przejaskrawień, pewna „uświęcona sztuczność” rzeczywiście jest obecna w wielu projektach Genty i dlatego nie bardzo mi się one podobają (nie udaję, że znam ich choćby sto, bo to chyba nie w ludzkiej mocy). Ale Genta to zupełnie inna liga w porównaniu z Laurenem, który nie miał istotnego wpływu na trendy w projektowaniu zegarków. Żeby napisać coś pozytywnego o Laurenie, na pewno zajmuje miejsce w pierwszej dziesiątce najbardziej wpływowych projektantów mody. Z tym, że zegarki to tylko dodatek do jego „imperium”. Trzeba przyznać, że potraktowany znacznie solidniej niż typowy „zegarek modowy” ale nie aż tak poważnie, jak np. Hermès. Wpływ Laurena jest wyraźny i bez tego. Był nawet taki gang uliczny w Nowym Jorku, złożony głównie z Portorykanów, których „strojem organizacyjnym” były ubrania RL. Nazywali się „Lo-Lifes”.
  9. To prawda, nie trzeba być kowbojem A jeśli ktoś uważa, że kowbojem może zostać każdy, to też ma sporo racji. Tylko czy bilet na western o Winnetou produkcji NRD powinien kosztować tyle samo, co na western z Johnem Waynem? Myślę że niekoniecznie, ale na to pytanie każdy odpowiada sobie sam przy kasie. Nikomu nie zabraniam zachwycania się sztucznością ani wydawania pieniędzy na rzeczy udające coś innego, projektowane przez ludzi udających kogoś innego. W Stanach rzeczywiście mało co jest "autentyczne". Tak, "w takim kraju jak USA" być może "uśmiech politowania", i co? Oprócz popkultury powstał tam tylko jazz i blues, w dziedzinie architektury i designu Frank Lloyd Wright i jeszcze parę nazwisk, parę rzeczy do obejrzenia w MoMA, resztki zniszczonej kultury "Indian" amerykańskich i to w skrócie tyle. Jak na tak ogromny kraj, nie ma aż tak dużo rzeczy, które rzeczywiście powstały w USA i które można uznać za "autentyczne", o ile to dla kogoś ważne. Reszta to wspaniała przyroda, przedsiębiorczy ludzie i niewyczerpany ocean wspomnianej popkultury. Nikt nawet nie próbuje konkurować z aktywnym wulkanem, zasilającym ten ocean tysiącami kolorowych filmów (niektóre dobre), teledysków i piosenek (j.w.), a przy okazji pseudohistorycznych i pseudokulturowych "narracji" (tu już gorzej). Jednym z estetycznych filarów tego wszystkiego jest nurt "Country & Western", do którego amerykańskie elity mają stosunek mocno ambiwalentny, ale jeśli ktoś potrafi na tym dobrze zarobić to czemu nie, wtedy od razu zasługuje na podziw. Nie tylko w Ameryce. Pamiętam, że kiedy planowano pierwszy europejski Disneyland pod Paryżem, francuskie gazety pisały o "kulturowym Czernobylu" budowanym w sercu Francji. Teraz wszyscy już się przyzwyczaili a we Francji wyrosły zupełnie inne problemy, z których najmniej istotnym wydaje się kwestia co to właściwie znaczy "serce Francji" i czy coś takiego jeszcze istnieje. Ktoś mi opowiadał z piętnaście lat temu, że na dyskotece w Białymstoku widział same "Madonny", tzn. dziewczyny ubrane w niemal identyczne jasne kapelusze kowbojskie, buty "kowbojki" i oczywiście dżinsy, bo wtedy na topie był jakiś teledysk Madonny w takim właśnie stylu. Nie ma w tym nic złego, pokazuje to tylko jak nośne są takie rzeczy i jak globalny mają zasięg. A Białystok to ładne miasto, w którym mieszkają ładne dziewczyny. W każdym razie, żebym nie został źle zrozumiany, to że coś jest eklektyczne i wtórne nie znaczy, że automatycznie jest gorsze albo brzydsze. Czasem jest, czasem nie jest. Nie wybrzydzam też na to, że komuś podoba się styl lansowany przez Laurena/Lifszyca i że ktoś nosi rzeczy tej marki. Biznesowa sprawność tego projektanta również budzi moje uznanie (podobnie jak jego kolekcja samochodów), tylko po prostu nie kupuję takich numerów jak z tym zegarkiem. Dla mnie rymarstwo czy kaletnictwo Hermèsa to jednak coś innego niż "strzemię" R. Laurena. Za to pierwsze byłbym gotów zapłacić, za to drugie raczej nie, chociaż to ładny projekt. Ale jeśli western, to jednak z Waynem albo Garym Cooperem. Pisałem o własnym odbiorze estetyki proponowanej przez markę Ralph Lauren w odniesieniu wybranych faktów z biografii zalożyciela, a nie "na podstawie cv w sieci". Weźmy inny przykład, żeby nie robić fałszywego wrażenia, że w tej dyskusji istotne jest dla mnie akurat pochodzenie żydowskie a nie jakiekolwiek inne. W Polsce działa kilka "wiosek indiańskich", jedna znajduje się np. gdzieś w okolicy Ozorkowa. Może jej powstanie wiąże się z historią Sat-Okha, który był świetnym gościem i bohatarem AK, przyznam że nie wiem, nie wgłębiałem się w szczegóły. W każdym razie, można wybrać się do takiej wioski z dziećmi, kupić bilet i pewnie jakieś pamiątki, fajna sprawa. Wyobraźmy sobie, że w takiej wiosce powstają również zegarki, niechby i na dobrych mechanizmach, może ze starannym ręcznym wykończeniem. Posłużyłem się pewną przesadą, jak to mam w zwyczaju, ale chciałem przez to powiedzieć, że zegarek "RL Western Cushion" (z piękną tarczą z turkusa ale o wiele za duży) wzbudził we mnie właśnie tego rodzaju skojarzenia.
  10. Tak się zastanawiam, czy naprawdę nikt się tym nie przejmuje, że "historia" tego zegarka jest w całości wykreowana. W oryginalnym opisie można znaleźć górnolotne deklaracje w rodzaju "ucieleśnia połączenie doskonałego szwajcarskiego rzemiosła i kultowego stylu Ralpha Laurena, który definiuje kolekcję, zainspirowaną głębokim podziwem pana Laurena dla amerykańskiego Zachodu". Tymczasem Ralph Lauren, prawdziwe nazwisko Ralph Rueben Lifshitz, jest synem polskich Żydów urodzonym w Nowym Jorku i nigdy nie miał nic wspólnego z Dzikim Zachodem, kowbojami, zawodami rodeo ani kompletnie niczym co definiuje "amerykańską tradycję". Chyba, że byłaby to zupełnie inna bajka estetyczna czyli "tradycja" Żydów z Bronxu, którzy przybyli tam z Europy środkowej i wschodniej. "Pseudokolonialny" styl Lifszyca powstał raczej w wyniku prób wykreowania stylu, który będzie się dobrze sprzedawał w Ameryce, a nie z jakichkolwiek własnych doświadczeń czy fascynacji z dzieciństwa, chyba że mówimy o oglądaniu w kinie westernów z Johnem Waynem. To wszystko fake, wykreowany i podtrzymywany dzięki dużym pieniądzom i wysiłkom anonimowych fachowców od projektowania i marketingu. Pomijając powyższe, w rozmiarze powiedzmy 32 x 32 mm byłaby to może fajna propozycja w ciekawej estetyce "zamków błyskawicznych" (czyżby aluzja do Billa Clintona?), ale ten zegarek ma 42 x 42. Jestem na nie.
  11. Ale właśnie gorączka była pewnie wywołana jaraniem się Explorerem. Mnie też się ten zegarek podoba, moim zdaniem jeden z najlepszych Rolexów do codziennego noszenia, ale gdyby mi zagrażały "kosmate myśli" żeby sobie takiego kupić, to jeszcze kilkanaście zdjęć i na pewno doznam uzdrowienia.
  12. Nie zapomniałem, w to też nie uwierzyłem. Spox, są droższe. Z jeszcze słabszą "ideologią", naciągniętą jak guma. W przypadku "Blancpain-x-Swatcha" wiadomo, że chodzi o eksploatowanie legendy Blancpaina metodą "na krzywy ryj" ale przynajmniej nie jest to bezwstydna chińska kopia, więc wszyscy nabywcy zgadzają się zapłacić odpowiednio zawyżoną cenę.
  13. Radosny dzień, więc zegarek również. Paul Picot nie jest „microbrandem”, więc można uznać że to prawdziwa edycja limitowana, numerowana na tarczy. Egzemplarz nr 40 ze stu wyprodukowanych. Oryginalnego aligatorka zastąpiłem czerwonym Eulitem, który dobrze nosi się latem.
  14. Ahaa, a ja myślałem, że przekreślony znaczek z napisami "Scuba" i "No Radiations" właśnie ostrzega żeby nie próbować nurkowania z powodu tej promieniotwórczości, żeby nie zaszkodziła ślimakowi Dendronotus Frondosus, wielorybom, fokom, wczasowiczom w wodzie, a nawet Pameli Anderson czuwającej na brzegu (i w razie potrzeby wyławiającej tonących). Potwierdzają to napisy na drugiej stronie, PROTECT WHAT YOU LOVE oraz IMMERSE YOURSELF, znaczy "chroń wszystko co kochasz" (i nie wchodź z tym zegarkiem do wody) oraz "zanurz się" (ale sam, bez zegarka). Ja bym nie ryzykował. Swatch twierdzi również, że "indeksy godzinowe oraz wskazówki godzinowa i minutowa, a także skala na bezelu mają powłokę Super-LumiNova® klasy A, zapewniającą im znakomitą widoczność w ciemności" i tu to już na pewno kłamie. Ale kolor jest fajny i widok od strony dekla też im się udał.
  15. Ale za to promieniotwórczy jest, co potwierdza znaczek na tarczy.
  16. To zdanie to u mnie mocny kandydat w kategorii „Życiowa Mądrość Roku”.
  17. To się rozumie samo przez się. Trudno znaleźć inny powód zainteresowania tym zegarkiem. Longines LD niewiele gorszy, też mu się wskazówka godzinowa średnio udała.
  18. Fajny układ wskazówek, może zatrzymaj i niech tak zostanie? 😀
  19. Piękne, jak niektóre pejzaże ze świetnej książki pt. "Paskudnik warszawski" (https://paskudnik.com/strona-glowna/6--ebook-paskudnik-warszawski-9788394679842.html - polecam). W brzydkich miastach rodzą się czasem wspaniali ludzie. Zresztą, niektóre zegarki wyglądają gorzej niż Sosnowiec, a ludzie je kupują za ciężkie pieniądze. Na koniec utwór niby satyryczny ale być może proroczy Zegarek doskonały, zresztą już go tu "polubiłem" parę razy. Kiepskiego nie widzę, bo nie oglądam seriali.
  20. No dobra, woda, balustrada, beton, kamienie, jeszcze trochę wody, a gdzie zegarek?
  21. ireo

    Ewolucja

    III 30 lat z zegarkami minęło mi nie wiadomo kiedy, przy okazji i w tle innych, ważniejszych rzeczy. Rodzina, studia, kolejne miejsca pracy, kilka przeprowadzek za granicę i z powrotem, ludzie, mieszkania, domy, miejsca. Pod względem zegarkowym najwięcej ciekawych doświadczeń zebrałem przy okazji pracy w tzw. globalnych korporacjach, w tym podczas kilku lat w Szwajcarii. W innych krajach również, ale pod względem zegarkowym Szwajcaria była najważniejsza, z oczywistych powodów. Przywiozłem stamtąd pierwszy zegarek który mam do tej pory, Omegę Speedmaster Day-Date Mk40. Rozglądałem się za ładnym egzemplarzem Speedmastera w rozmiarze 39 mm czyli Reduced. Oczywiście podobał mi się również Moonwatch, ale wtedy jeszcze uważałem że będzie dla mnie za duży. To nie był jedyny powód. Ówczesne Moonwatche nie najlepiej się nakręcały, więc uznałem że lepszy będzie automat, również ze względu na mój tryb życia. Trudno by mi było utrzymać dodatkową codzienną rutynę bo sporo podróżowałem, nie tylko samolotami. Kiedy chcieliśmy z żoną spędzić weekend w Polsce, nie zaprzątając sobie głowy planowaniem i rezerwacjami lotniczymi, brałem wolny poniedziałek i w piątek po pracy wsiadałem do samochodu. Średnio w ciągu 13 godzin pokonywałem dystans 1,5 tys. km z Zurychu do Warszawy, wliczając obiad po drodze. W niedzielę po południu lub w poniedziałek rano jechaliśmy z powrotem. Są ludzie, którzy o każdej porze wiedzą jaki jest dzień miesiąca i tygodnia, nawet potrafią ocenić bez pomocy zegarka orientacyjną godzinę. Ja do nich nie należę. Umiem wprawdzie przewidzieć bez barometru i prognozy jaka będzie pogoda za klika czy kilkanaście godzin, albo znaleźć drogę w lesie, ale orientacja w czasie nie jest moją mocną stroną. Może stąd się wzięło moje zamiłowanie do zegarów i zegarków, a może to kwestia wygody, bo po dwóch dniach „zegarkowego odwyku” potrafiłem jednak samodzielnie określić która mniej więcej jest godzina. W każdym razie, spośród chronografów Omegi, które brałem pod uwagę, najpierw wyeliminowałem te o budowie modułowej. Potem te z ręcznym naciągiem bo, jak wspomniałem, wtedy jeszcze nie byłem gotowy na codzienne nakręcanie zegarka. Na liście pozostały automatyczne Speedmastery oparte na starym, dobrym Valjoux. Przy moim ówczesnym trybie życia, Day-Date Mk40 z ośmioma wskazówkami i dwoma okienkami, zmyślnie rozmieszczonymi na jednej niewielkiej tarczy, oddawał mi nieocenione usługi. Nawet wskazanie czasu dobowego 24h, teoretycznie przeznaczone dla pilotów albo speleologów, przydało mi się nie raz. Zegarek bez problemu przetrwał wiele dalszych podróży, m.in. do Indii. Tylko pasek nie dał wtedy rady z powodu ciągłego zawilgocenia w gorącym klimacie, wymieniłem go po powrocie. À propos pilotów, jeden z zakładów zegarmistrzowskich w Zurychu, prowadzony przez starszego pana, miał na wystawie różne ciekawe zegarki. Lubiłem się zatrzymać przy tej witrynie. Czasem wszedłem do środka, żeby coś obejrzeć dokładniej i porozmawiać. Podobał mi się np. Day-Date w wersji z niebieską tarczą z rodowanymi elementami, już nie nowy ale w dobrym stanie. Kupiłbym go wtedy, gdyby nie historia tego zegarka. Przyniosła go do zegarmistrza pani, która wiele lat wcześniej kupiła ten zegarek w prezencie dla swojego męża, na jego 50. urodziny. Mąż był pilotem, nosił ten zegarek ale zmarł, więc Omega ponownie trafiła do miejsca gdzie została kupiona. To był dobry egzemplarz ze znakomitą historią serwisową, wszystkie przeglądy były zrobione o czasie i w tym samym zakładzie, ale jakoś nie byłem w stanie go kupić. Spośród innych zakupów z tego okresu zapadł mi w pamięć piękny Longines Carré z lat ’40. Na ręce wyglądał zjawiskowo ale w najmniej odpowiednich momentach gubił szkło, które było dorabiane. Oryginalne szkło było nietypowe i nie do zdobycia, więc jakiś zegarmistrz poradził sobie docinając wypukłe szkiełko mineralne w taki sposób, żeby je dopasować do prostokątnej koperty. Efekt wizualny był bardzo dobry ale w praktyce nie zdawało to egzaminu, bo raz i drugi zdarzyło mi się zgubić to szkło, nawet na ulicy, i chociaż po chwili je znalazłem, to uznałem że szkoda moich nerwów i sprzedałem zegarek na eBay-u, informując w opisie o problemie ze szkłem. Oprócz zegarków, które widziałem albo kupiłem w Szwajcarii, było mnóstwo takich których nie brałem pod uwagę. Choćby dlatego, że dana marka za bardzo mi się opatrzyła. Moi koledzy, przeważnie Szwajcarzy i Niemcy, chętnie wybierali zegarki IWC. Niewiele można zarzucić tej renomowanej firmie oprócz tego, że w czasie wojny realizowała zamówienia z obu stron frontu, jak wielu innych producentów szwajcarskich. Ale unikam podążania za modą i trendami, żeby nie mieć niemiłego poczucia "dołączania do stada". Wobec IWC powstał więc we mnie rodzaj uprzedzenia, które okazało się zadziwiająco trwałe, bo nie mam i nie miałem żadnego zegarka tej marki. Wszystko jest względne, co innego raz na rok wybrać się do butiku albo do kolegi i zachwycić się czymś ekskluzywnym, a zupełnie co innego widzieć taki zegarek kilka razy w tygodniu. W tym drugim przypadku wrażenie niezwykłości albo niedostępności stopniowo się ulatnia i zaczyna się postrzegać takiego „Schaffhausena” (po polsku to miasto nazywa się Szafuza, o czym nie wiedzą dziennikarze i nie tylko oni) jak coś w rodzaju Seiko SKX. Przy okazji, bardzo cenię firmę Seiko i jej osiągnięcia, może zdążę jeszcze o tym napisać. Chodzi raczej o to, że mentalnie IWC wypadło mi z kategorii, którą wcześniej postrzegałem jako znacznie wyższą i bardziej niedostępną. Jadąc pociągiem szwajcarskich kolei federalnych SBB piękną trasą z Zurychu do Neuchâtel (na tym połączeniu trafia się czasem także francuski TGV) mija się m.in. Grenchen i Biel. Pociągiem podmiejskim z Neuchâtel w pół godziny można się dostać do La Chaux-de-Fonds i trochę dalej do Le Locle, niewielkich miasteczek, sławnych w zegarkowym świecie. Nie tylko z powodu renomowanych firm zegarmistrzowskich lecz również takich instytucji jak Musée International d’Horlogerie (MIH), które co roku przyznaje w La Chaux-de-Fonds nagrodę Prix Gaïa za najwybitniejsze osiągnięcia. W trzech kategoriach: Artisanat création (rzemiosło artystyczne), Esprit d'entreprise (przedsiębiorczość) i Histoire (historia i badania). To są rzeczy znane większości zaawansowanych zegarkomaniaków, ale ja się rozwijam powoli i wielu rzeczy nie wiem, a jeszcze mniej wiedziałem wtedy, kiedy do bardzo ciekawych zegarków miałem dosłownie „rzut beretem”. Np. nie wiedziałem o istnieniu pracowni pana Beata Haldimanna mieszczącej się w Thun, w domu bez żadnych widocznych napisów, przypominającym niektóre wille w Nałęczowie. Nieświadomie minąłem to miejsce dosłownie o kilkanaście metrów, w drodze motocyklem z Zurychu do Interlaken. Zresztą w Thun byłem co najmniej dwa razy, m.in. na koncercie w tamtejszym średniowiecznym zamku. Jednak dopiero po latach dowiedziałem się o istnieniu zegarków Haldimann, takich jak słynny H9 Reduction, który nie pokazuje godzin ani minut lecz stanowi dzieło sztuki samo w sobie. Szwajcaria to oczywiście także Baselworld. Zawsze się waham czy iść na taką imprezę, bo i tak jestem w stanie przyswoić najwyżej ułamek tego co zobaczę. Dla mnie to doświadczenie tego rodzaju, co duże muzeum sztuki albo perfumeria. Po zatrzymaniu się przy kilku wybranych obrazach, albo wypróbowaniu kilku nowych zapachów, nie jestem już w stanie strawić więcej i muszę zrobić przerwę żeby odpocząć. Np. w 2017 r. w Bazylei największe wrażenie zrobił na mnie pokaz firmy Rado. Przy głośnej muzyce, w ciemności rozświetlonej kolorowymi laserami, czarnoskóre modelki ubrane w fosforyzujące kostiumy wykonywały układ choreograficzny zaplanowany w taki sposób, żeby ich biżuteria i elementy strojów błyskały światłem w odpowiednich kolorach. Zegarki czekały sobie dyskretnie w gablotach aż nimi także ktoś się zainteresuje. W efekcie zupełnie nie pamiętam jakie nowości Rado wtedy prezentowało.
  22. Ja się chyba nie umiem nie czepiać, dlatego mam tyle zegarków. Poza tym, co to za recenzja bez odpowiedniej dawki czepialstwa. Znaczy, są takie, ale ja ich nie czytam a tym bardziej nie piszę, znacznie ciekawsze wydaje mi się podejście typu "dzielenie włosa na czworo". Nie tylko Squale, wiele zegarków tak ma, ale np. Squale ma inną koronkę, która znacznie lepiej gra z powierzchnią polerowaną. Nie chodziło mi o to, że tego polerowania jest ogólnie za dużo, tylko że nie za bardzo do niego pasuje wykończenie koronki i pierścienia lunety. Jako całość, zegarek "made by piciu866" i tak jest lepszy od wielu chińskich wyrobów udających "microbrandy", a to wysokie szkło z grubą krawędzią to sztos.
  23. Ta wersja przeważnie znajduje się w czołówce zestawień typu "Rolex watches below retail". Mnie się podoba.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...

Powiadomienie o plikach cookie

Umieściliśmy na Twoim urządzeniu pliki cookie, aby pomóc Ci usprawnić przeglądanie strony. Możesz dostosować ustawienia plików cookie, w przeciwnym wypadku zakładamy, że wyrażasz na to zgodę.