Obejrzałem drugą z - nielicznych niestety - interesujących mnie amerykańskich nowości: "Saturday Night". Głównym powodem była oczywiście chęć zajrzenia za kulisy jakby nie patrzeć medialnego wydarzenia lat 70. Już na początku dostajemy miły smaczek - piękne, jubileuszowe logo wytwórni Columbia, skompilowane ze wszystkich poprzednich wersji:
I od razu też coś dla takich fetyszystów kina lat 70. jak ja - czyli obraz stylizowany na ziarnistą taśmę i kompozycje kadrów w stylu Roizmana i innych mistrzów epoki. Nic nowego, ale fajne, zresztą warto docenić pracę kamery wykonującej travellingi po zatłoczonych korytarzach studia. Ale prawdziwym atutem filmu jest doskonały montaż, który świetnie prowadzi przez narrację i porządkuje ten (nie)kontrolowany chaos. Tempo jest świetne, nawet epizodyczne postacie dostają swoje mocne wejścia, a wszystko spaja postać producenta granego przez Gabriela LaBelle'a - w kolejnej po "Fabelmanach" dobrej roli wrażliwego, ale idącego do przodu intelektualisty. Dafoe gra na granicy (mam nadzieję, że świadomej) autoparodii, Simmons ma dwie czy trzy sceny, ale jest w swoim stylu uroczo odpychający, do tego parę innych fajnych występów. I prawdę mówiąc - nie pierwszy raz rozmijam się z widzami i krytykami, ale mi ten dość chłodno przyjęty film oglądało się naprawdę świetnie.
Realizacja jak dla mnie super, ale co ze znaczeniami? Nigdy nie byłem fanem filmów z aktorami, którzy stali się sławni dzięki programowi pokazanemu w filmie. Owszem, jako dziecko śmiałem się na Griswoldach (Chase to zresztą jedna z najlepiej chyba pokazanych w "Saturday Night" postaci), ale "Blues Brothers", "Szpiegów jak my" czy "Pogromców duchów" nigdy w całości nie obejrzałem. Słabo znam też sam program - to, co gdzieś tam widziałem i to co pokazuje sam film raczej nie zachęca mnie do nadrobienia tego. I tu właśnie pojawia się nieoczekiwana ukryta wartość tego dynamicznego i zabawnego filmu - jest on jednocześnie portretem tworzenia się medialnego mitu, a zarazem kilkupoziomowej degeneracji. I ta dwuznaczność, zapewne niezamierzona przez Reitmana, który kilka razy robi poprawnościowe ukłony, bardzo mi się spodobała.
A na koniec jeszcze inne atuty - pojawia się parę fajnych dziewczyn, a numerem jeden jest piękność grająca dziewczynę Chase'a:
Okazało się, że to córka Cindy Crawford