To podobnie jak u mnie "Lizarda" też oczywiście bardzo lubię, ale mogę - na pewno tak jak i Ty - powiedzieć to jeszcze o niejednej Karmazynowej płycie, która nie zmieściła się w pierwszej piątce. Teraz np. słucham sobie "In The Wake Of Poseidon", do której dojrzewałem kilka lat. Długo uważałem ją za bardzo dobrą, ale nie wybitną kontynuację pomysłów z debiutu, wszak można znaleźć tu sporo analogii ("21st Century..." i "Pictures Of a City"; "I Talk to the Wind" i "Cadence..."; "Epitaph" i "In The Wake...", do pewnego stopnia też rozimprowizowane "Moonchild" i "Devil's Triangle"). Tymczasem każde kolejne przesłuchanie ujawnia bezkompromisowość, piękno i bogactwo tej płyty - zresztą, u nas @Jacek K. o tym już pisał nie jeden raz. Debiut jest na niej punktem odniesienia, ale "In The Wake Of Poseidon" jest w istocie integralnym arcydziełem rocka, nie tylko swej epoki.