Może nie jest u mnie w najściślejszym gronie ulubieńców, ale wiele jego ról bardzo cenię i lubię. Najbardziej te z lat 80., u Friedkina, Stone'a i Scorsese, ale i później wielokrotnie zachwycał. Naprawdę wybitny był np. u Juliana Schnabla jako Van Gogh.
Cieszy mnie duży odzew mojego posta dot. "Skrzydeł".
Urlop umiliły mi dwa kolejne filmy:
- "Wschód słońca" - dla wielu arcydzieło kina niemego. Prosta opowieść z twistem godnym jakiejś romantycznej ballady, ma naprawdę dobre momenty. Jeśli ktoś lubi stare kino, to warto znać.
- "Wilk morski", wersja z 1941 roku. Nareszcie! Reżyseria Michael Curtiz, który chyba nigdy mnie nie zawiódł. Podejrzewam, że dziś, gdyby zmartwychwstał i z tydzień pochodził sobie po Hollywood, to pewnie też zacząłby wkrótce robić kinowe przeboje dla Marvela, Pitta i Cruise'a. Mało kto tak doskonale czuł się w gatunkowych konwencjach, nadając im przy tym delikatnie ukryty autorski rys. "Wilk morski" jest wybornie zrealizowaną i opowiedzianą historią, którą - to przecież 1941 - ogląda się jak film noir:
Zmiany wobec powieści, która ogromnie podobała mi się w dzieciństwie, są przemyślane i świetnie kondensują dramaturgię (choć przywiązany jestem do powieściowego wizerunku Maud jako delikatnej damy z dobrego domu, a nie kobiety po przejściach). Kapitalne zwroty akcji, dużo nagłej przemocy no i ten, bez którego projekt nie mógłby się obejść - Edward G. Robinson jako Wilk Larsen. Wielokrotnie pisałem już, że to mój ulubiony aktor klasycznego Hollywoodu i że wciąż powoli zaliczam sobie najważniejsze role z jego przepastnej filmografii. "Wilka morskiego" stawiam bez wahania w gronie najlepszych jego dokonań, obok "Szkarłatnej ulicy", "Domu ludzi obcych" czy "Red House". Hipnotyczny aktor.