Trochę czasu upłynęło, ale wreszcie obejrzałem dziś "Twarz w tłumie". Potężne uderzenie. To film o polityce, co opisał już @mayor, ale też o amerykańskiej telewizji w kluczowych dla jej ekspansji latach 50., showbiznesie i amerykańskim stanie umysłu (jak "As w rękawie" Wildera czy wspomniany "Gubernator"). Genialna jest reżyseria Kazana, poparta oczywiście świetnym aktorstwem i brawurowym montażem - scena z reklamą parafarmaceutycznych pastylek to perfekcyjne wyczucie telewizyjnej poetyki. Ten film właściwie pod wieloma względami wyprzedza swą epokę, zapowiadając to, co amerykańskie kino będzie mówić w latach 70. Jest tu też sporo z osobistych problemów lękających Kazana przez całą jego twórczość. On sam był też fascynującą postacią, do dziś dzielącą środowisko (pamiętne zachowanie Nolte'ego i Harrisa). Ostatnio dość ostro pisał o nim Michał Oleszczyk, którego bardzo lubię i szanuję, w kontekście "Wandy" wyreżyserowanej przez żonę Kazana. Przy okazji przypomniał też "Układ", który uznawany jest od zawsze za klęskę. Dziś ten film jest wręcz znienawidzony, ale na mnie zawsze świetne wrażenie robiły początkowe sekwencje. Za jakiś czas postaram się do niego wrócić - ciekawe, jak zniesie u mnie próbę czasu. Oczywiście, to jeden z kilku takich przykładów w twórczości Manna (jak zdanie "Time is luck", wypowiadane przez bohaterki w trzech filmach, czy powtarzające się inscenizacje kadrów). Mann stale powraca do pewnych tematów i relacji między bohaterami. "Miami Vice", "Crime Story", "Złodziej", "Manhunter", "Gorączka", do pewnego stopnia też "Informator" i "Wrogowie publiczni" - te filmy wiele łączy. Chyba nie tylko dla mnie kwintesencja kina Manna to te słynne kilkanaście minut z "Gorączki", od rozmowy Voighta i De Niro w samochodzie, przez nocne śledzenie De Niro przez Pacino, aż po ich legendarną rozmowę. A w tle Moby i "New Dawn Fades".