-
Liczba zawartości
2550 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
2
Typ zawartości
Forum
Profile
Galeria
Kalendarz
Blogi
Sklep
Zawartość dodana przez Edmund Exley
-
Świetny temat, nie wiedziałem o jego istnieniu. Dokładnie obejrzę sobie wszystkie pokazane tu egzemplarze.
-
Klub Miłośników Zegarków Longines
Edmund Exley odpowiedział carlito1 → na temat → ZEGARKI SZWAJCARSKIE i NIEMIECKIE
@SPS, a nie szkoda Ci pozbywać się tego Big Eye? Wydaje mi się, że świetnie pasuje do Twojego stylu. A tu fajna recenzja nowych Conquest Heritage na CH24: Hands-On: Longines Conquest Heritage - klasyk z kolorowymi tarczami - CH24.PL Dobre zdjęcie: Nadgarstkowe zdjęcia też dobrej jakości, choć ten tatuaż jest naprawdę makabryczny. -
"Slap Shot" - w 1994 roku nieobejrzany, bo jednocześnie pojawiły się mama i ta tablica: Zerkałem tylko na urywki, m.in. zapamiętałem przejazd autokarów przez miasteczko z nieprzychylnie nastawionymi kibicami rywali Film wydaje się błahy, ale ma zaskakująco sporo kontekstów, nie tylko Newmana. To kolejny godny uwagi film dobrego rzemieślnika George'a Roya-Hilla, w obsadzie Lindsay Crouse, a za montaż i zdjęcia odpowiadali Dede Allen i Victor Kemper - wielkiej klasy fachowczyni i fachowiec w swojej pracy. Klimat późnych lat 70., tych już takich trochę "rozlazłych", jest zresztą świetnie pokazany. Ale sam film wydaje mi się pęknięty i niesatysfakcjonujący. Owszem, to miał być komercyjny hicior oparty na kumpelskich schematach, ale sygnalizuje kilka ważnych spraw w amerykańskim sporcie - życie dopisało tu wiele ciekawych przypisów. Sam film wszędzie jednak zatrzymuje się gdzieś w połowie drogi, niekiedy jest gorzki, a za chwilę prostacki, innym razem wydaje się być apoteozą chamskiego show opartego na mordobiciu, by po chwili zatęsknić za hokejem z klasą. Finał napisany niby przewrotnie, ale Newman miewał wiele lepszych zakończeń, nie tylko tych ze stop-klatką A dla najbardziej wytrwałych - zestawienie tego, co z Newmanem od 1994 roku udało mi się obejrzeć [pogrubiona czcionka] i tego, co jeszcze chciałbym nadrobić [zielona czcionka]. Do nieobejrzanych zaliczam skądinąd niezbyt chyba udany "Quintet" - widziałem tylko ostatnie 30 minut. 1954 The Silver Chalice 1956 Somebody Up There Likes Me The Rack 1957 The Helen Morgan Story Until They Sail 1958 The Long, Hot Summer The Left Handed Gun Cat on a Hot Tin Roof Rally Round the Flag, Boys! 1959 The Young Philadelphians 1960 From the Terrace Exodus 1961 The Hustler Paris Blues 1962 Sweet Bird of Youth Hemingway's Adventures of a Young Man 1963 Hud A New Kind of Love The Prize 1964 What a Way to Go! The Outrage 1965 Lady L 1966 Harper Torn Curtain 1967 Hombre Cool Hand Luke 1968 The Secret War of Harry Frigg 1969 Winning Butch Cassidy and the Sundance Kid 1970 WUSA King: A Filmed Record... Montgomery to Memphis 1971 Sometimes a Great Notion 1972 Pocket Money The Life and Times of Judge Roy Bean 1973 The Mackintosh Man The Sting 1974 The Towering Inferno 1975 The Drowning Pool 1976 Silent Movie Buffalo Bill and the Indians, or Sitting Bull's History Lesson 1977 Slap Shot 1979 Quintet 1980 When Time Ran Out... 1981 Fort Apache, The Bronx Absence of Malice 1982 The Verdict 1984 Harry & Son 1986 The Color of Money 1989 Fat Man and Little Boy Blaze 1990 Mr. & Mrs. Bridge 1994 The Hudsucker Proxy Nobody's Fool 1998 Twilight 1999 Message in a Bottle 2000 Where the Money Is 2002 Road to Perdition 2005 Magnificent Desolation: Walking on the Moon 3D 2006 Cars Mater and the Ghostlight 2007 Dale 2008 The Meerkats 2017 Cars 3
-
Dwa filmy, które łączą się z moim dzieciństwem w mniej lub bardziej oczywisty sposób, ale obejrzałem je dopiero teraz. - "Łabędzi śpiew" - autotematyczna groteskowa komedia Glińskiego o polskim kinie. Trzeba przyznać, że miejscami bardzo celna. Sporo nawiązań, ironicznych żartów, kilka smacznych aktorskich epizodów i przede wszystkim świetny Peszek. Na tle ogólnej mierności polskiego kina lat 80. to była naprawdę świeża rzecz. A jak to się ma do dzieciństwa? Bardzo udany pastisz postpunkowej nowej fali "Oni, oni" w kapitalnym wykonaniu Peszka pokazywano chyba w zapowiedziach pierwszej emisji TV filmu i doskonale tę piosenkę zapamiętałem. A gdy rodzice oglądali wtedy film wieczorem w TV, to gdzieś tam się zabłąkałem pod stołem i trafiłem akurat na stylizację bardzo brutalnego morderstwa bohaterki granej przez Marię Probosz. Jako 5- czy 6-latek nie mogłem oczywiście zrozumieć gry z konwencją i byłem doprawdy przerażony. Zresztą, do dziś ta scena może wywoływać zmieszanie. - "Sometimes a Great Notion" - czyli słabo pamiętany dziś film mojego ulubionego aktora z dzieciństwa, Paula Newmana. Z tego, co pamiętam, nie było go wśród filmów w cyklu "Piątek z Newmanem" - rytuale, na który czekałem z wypiekami na twarzy. Film na podstawie powieści Kena Keseya, przyćmiony niebawem inną, genialną adaptacją jego prozy. Ale "Sometimes..." jest zaskakująco dobry, dla mnie może nawet znakomity. Newman wkraczał w swój najlepszy czas jako aktor, do tego ujmujący Richard Jaeckel, Lee Remick, Henry Fonda i Michael Sarrazin, znany z "Czyż nie dobija się koni" (i chyba nie do końca wykorzystany). Film rozwija się powoli, jest dużo klimatu przaśnej prowincji, ale w odpowiednich momentach chwyta za gardło. Świetne są sceny ciężkiej pracy bohaterów przy wycince drzew. A jedna ze scen w filmie to wręcz nokaut. Dla miłośników kina lat 70. bardzo cenna rzecz. Na koniec jeszcze przypomnienie:
-
Zegarki GLASHüTTE ORIGINAL
Edmund Exley odpowiedział pisar → na temat → ZEGARKI SZWAJCARSKIE i NIEMIECKIE
Fajna wersja: Introducing: Glashütte Original Seventies ‘X’ Chronograph (Live Pics) - Hodinkee -
"Napad na ekspres" - 1903, reż. Edwin Porter, pierwszy mistrz amerykańskiego kina. I zarazem realizujący pierwszy western. Widziałem już kilka razy, wciąż dobrze znosi upływ czasu To dość brutalne kino (jak na 1903 rok), właściwie to ma już większość cech gatunku, oprócz zindywidualizowanych bohaterów. Rekompensuje to jednym z najsłynniejszych w dziejach gatunku ujęć: "Spotkanie na Atlantyku" - zapomniany film Kawalerowicza, w którym powrócił do klimatu "Pociągu" (podróż, zamknięta przestrzeń, tajemnica, gry charakterów), łącząc go z atmosferą kina moralnego niepokoju (świadomie) i (mniej świadomie)... trochę z klimatem "Kochaj albo rzuć", bo cała akcja rozgrywa się na Batorym. Zaczyna się intrygująco, później jednak niestety trafiają się dramaturgiczne mielizny, drętwawe dialogi, dłużyzny (np. odśpiewana w całości kiepska piosenka). Dla miłośników kultury PRL to jednak całkiem interesująca rzecz mimo wszystko. Sam klimat Batorego końca lat 70. bardzo fajny. Z ciekawych aspektów - w jednej z ról wystąpił Feliks Parnell (zmarł przed postsynchronami, dlatego mówi głosem innego aktora) - bardzo ciekawa postać świata tańca, z kinem związany już w latach 30. Oprócz tego Gogolewski, który potrafił swój teatralny temperament ufilmowić (i jaka dykcja!), Walczewski w swoim "prime time" i Ulewicz, tym razem nie jako partyjniak, ale jako ksiądz. I gra tak samo bezbarwnie jak zawsze, ale przyznam, że... na swój sposób lubię go na ekranie. Ogólnie zatem niezbyt dobrze napisany i poprowadzony film, który po latach zyskał specyficzną patynę atrakcyjną dla wąskiej grupy odbiorców.
-
Omega Seamaster Calendar 18k ~'58 Cal. 503
Edmund Exley dodał komentarz → MasterMind grafika → Galerie użytkowników
-
Klub Miłośników Zegarków Longines
Edmund Exley odpowiedział carlito1 → na temat → ZEGARKI SZWAJCARSKIE i NIEMIECKIE
-
Dla mnie kwintesencja Black Sabbath to:
-
Kolejne dwa: - "Bramy piekła" - 1916, w roli głównej największy bodaj gwiazdor niemych westernów, czyli William S. Hart. Bardzo dobra, zwarta opowieść o grzechu, nawróceniu i karze, z epickim finałem w symbolicznym ogniu. - "Żelazny koń" - 1924, kolejne wczesne arcydzieło Johna Forda. Tu epickość jest na całego, bo mamy do czynienia z historią budowy kolei na zachód. Doskonale skonstruowana opowieść o amerykańskim duchu postępu, ale i amerykańskich wartościach, na których zbudowano kraj (nad całością patronuje Lincoln, który zresztą pojawia się w pierwszej części filmu). Już wówczas Ford był dobrze obeznany w wykorzystaniu pleneru jako scenerii zbiorowych walk - dzięki temu dał całemu gatunkowi przestrzeń. Fajnie wykorzystany jest też motyw osobistej krzywdy i zemsty po latach. Ostatnią godzinę oglądał ze mną syn, miłośnik kolei, i bardzo mu się podobało.
-
I oto skończony projekt mojego syna - podupadłe gospodarstwo z PRL
-
"Ostatni Mohikanin" - wersja z 1920 roku. Ciekawy, z udanymi scenami dość brutalnych walk. "3 Bad Men" - 1926, reżyseria John Ford. Tu już widać prawdziwego geniusza reżyserii, do tego świetne zdjęcia i montaż. Sekwencje nocnego pożaru, wyścigu po ziemię i finałowej rozgrywki to już właściwie poziom "Dyliżansu", którym Ford za kilka lat otworzy nową epokę gatunku. Tylko tu jest bez dźwięku. Jest też oczywiście to, co u Forda najmniej mnie zawsze przekonywało - prosty, naiwny humor, ale tu wygrywają ostatecznie dobry westernowy patos i opowieść o nawróceniu. Super film!
-
Dokładnie. Przyznam Ci, że przez te ostatnie dwa dni dużo myślę o tym filmie. I to rozdzierające cichą rozpaczą (nie do końca jeszcze uświadomioną) zakończenie... Dla mnie to wielki film. Kto wie, czy gdybym miał wskazać najlepszy amerykański film lat 80., to nie byłby to właśnie "Żyć i umrzeć w Los Angeles". Bo do lat 80. nie zaliczam "Wściekłego byka", kończącego złotą erę amerykańskiego kina ani "Chłopców z ferajny", zaczynających nową epokę. Lata 80. moim zdaniem były zdecydowanie słabsze, z zaledwie kilkoma wybitnymi filmami. A "Żyć i umrzeć..." jest ponadczasowy, a zarazem tak mocno osadzony w estetyce swej epoki (genialne zdjęcia Robby'ego Mullera i muzyka Wang Chung). Na pewno wszakże to film niedoceniony w swoim czasie.
-
U mnie wesołe kino letnie, czyli "Matka Królów". Tak, wiem, to czerstwy żart, ale naprawdę - gdyby ktoś szukał potwierdzenia tezy, że polskie kino jest najbardziej ponure, to już sekwencja tytułowa by tu chyba wystarczyła (śmierć pod kołami tramwaju, pogrzeb w jesiennej scenerii, przeprowadzka do zawilgotniałej kamienicy z ubłoconym podwórkiem, w jej trakcie poród, a w tle przeszywająca muzyka Gintrowskiego). Ale tak poważniej - przecież takie to były czasy, najpierw biedy lat 30., później okupacji (choć to chyba jednak najsłabszy fragment filmu), a później stalinizmu (tu za to kilka scen jest wręcz wybitnych). Partia niszcząca swoich - chyba niewiele filmów pokazało to tak celnie. Kilka scen gdzieniegdzie sprawia wrażenie pośpiesznie zrobionych i montowanych, ale może odbijają się tu realia pracy nad filmem, zatrzymanym zresztą na 5 lat na półce. Muzyka przytłacza, bo chyba tak miało być, a aktorzy naprawdę dobrzy: na pierwszym planie Magda Teresa Wójcik i Zapasiewicz, obok nich m.in. Linda, Bista, Huk, Zaleski, Stuhr, Trela i szczególnie dobry Pieczka.
-
A więc klucz doboru na dziś - kolorystyka okładek A ja latem jakoś szczególnie lubię sięgnąć po amerykańskie brzmienia z lat 60./70. Muzycznie dla mnie wszystko zaczęło się przecież latem 1999 od kompilacji "The Best of The Doors" na dwóch kasetach od taty Ostatnio parę razy wysłuchałem: "Almost Cut My Hair" to jeden z tych utworów, które idealnie oddają klimat epoki.
-
Tymczasem gdy ja mozolnie składałem niewielki i dość toporny spaceship, mój następca przygotował pracę "Podupadłe PRL-owskie gospodarstwo": Każdy budynek się otwiera i skrywa kolejne tajemnice p.s. okazało się, że nie mam jeszcze zgody na wrzucanie całości...
-
Co jakiś czas wracam do fascynacji z lat 90. - serii kosmicznych, które prawie zawsze miały wielką bazę, pojazd na dużych kołach, duży latający statek, kilka mniejszych obiektów i średni, w domyśle najszybszy statek powietrzny. I te zazwyczaj podobały mi się najbardziej. Tak było w obu seriach Blacktron, M-Tron, Space Police czy Spyrius, a w Lodowej Planecie taki statek można było sobie ułożyć z komponentów dużego. Wiele razy takie rzeczy budowałem samemu, czasem mniej lub bardziej ciekawie. Teraz w weekend, korzystając z oszałamiającej różnorodności klocków moich chłopaków, zbudowałem takiego: Komputerków nigdy nie za wiele
-
Ależ trafnie i wnikliwie to wszystko ująłeś.
-
Od 25 lat „Okruchy dnia” Jamesa Ivory’ego należą do ścisłej czołówki moich ulubionych filmów. Przez niewiele mniej lat planowałem przeczytać literacki pierwowzór autorstwa Kazuo Ishiguro. W środę kupiłem wreszcie swój egzemplarz i w cztery dni przeczytałem. Oto kilka wrażeń, zaznaczam, że spisanych na gorąco. Lektura potwierdziła moje przypuszczenia – mamy do czynienia ze znakomitą powieścią, a także jej idealną filmową adaptacją. Idealną, bo oddającą ducha pierwowzoru, a przy tym modyfikującą jego treść w taki sposób, by zoptymalizować filmowe opowiadanie i sensy zawarte w książce. Scenariusz filmowych „Okruchów” wprowadził zmiany, które niekiedy mogą wydawać się drobne, a w istocie pozwalają dopełnić kluczowe dla opowieści znaczenia: - senator Lewis – w filmie pełnokrwisty nie tylko dzięki wybornej roli Christophera Reeve’a, ale też trochę innemu charakterowi jego słynnej bankietowej przemowy. Jest wówczas młodszy i całkowicie trzeźwy. Doskonałym posunięciem jest też uczynienie go powojennym właścicielem Darlington Hall, co dobitniej podkreśla związek z przeszłością, a zarazem jej odległość. - Stevens i panna Kenton są bardziej widocznie zniuansowanymi postaciami w filmie. Dzieje się tak dzięki genialnym – zapewne najlepszym w karierach – rolom Hopkinsa i Thompson, ale też możliwościom, jakie daje odejście od pierwszoosobowej powieściowej narracji. Zresztą, we wnikliwym eseju Alicja Helman zwracała uwagę, że Stevens jako narrator jest – to świetny manewr Ishiguro – nie do końca wiarygodny, z uwagi na czas, jaki upłynął, ale też wpojoną zawodowo konieczność maskowania uczuć. Stąd np. trochę inaczej wypada scena lektury sentymentalnego romansu, jedna z najważniejszych w filmie. Jej rzeczywiste emocje są w powieści ukryte za konwencją wypowiadania się Stevensa-narratora, w filmie oddaje je zaś w pełni Hopkins-aktor. Podobnie jest, gdy subtelne niuanse w scenariuszu filmu pozwalają na większy ładunek emocjonalny w dwóch sekwencjach ukazujących zwrotne momenty w życiu Stevensa: śmierci ojca (nota bene Peter Vaughan, jak każdy w obsadzie, gra jak natchniony) i wieczoru, w którym spotkanie z hitlerowskimi oficjelami zbiega się z decyzją o małżeństwie panny Kenton. - bardzo dobre jest wprowadzenie do filmu pana Benna, i to na obu głównych płaszczyznach czasowych. Dookreśla to przejmująco cichy dramat panny Kenton. - film tria Merchant-Jhabvala-Ivory kondensuje czas opowieści, zdecydowanie osadzając najważniejszy jej nurt w latach 30., także w sekwencji wielkiej konferencji. Dobitniej ukazuje to cień hitleryzmu, „czarnych koszul” (co ciekawe jednak – Oswald Mosley w filmie nie pojawia się pod swoim nazwiskiem. Jego syn był wówczas już ważną postacią w biznesie sportu motorowego – być może miało to jakiś związek) i życiowy dramat samego lorda Darlingtona. - oczywiście film ma wielką wartość dodaną dzięki inaczej rozegranej scenie na nabrzeżu. To już scenariuszowe arcymistrzowstwo, o reżyserii i aktorstwie nawet nie wspominając. - dobre jest zastąpienie Forda Daimlerem. Jest dużo bardziej angielsko i arystokratycznie. Reasumując – oba teksty to lektura obowiązkowa. Czy żałuję, że dopiero teraz sięgnąłem po powieść? Trochę tak, ale może taka była po prostu kolej losu
-
Klub Miłośników Zegarków TISSOT
Edmund Exley odpowiedział temat → ZEGARKI SZWAJCARSKIE i NIEMIECKIE
Super, gratulacje! -
Świetny post, dzięki! To rzeczywiście niezwykłe. Jako świadomy fan King Crimson przeżyłem wydanie właśnie tylko tej jednej studyjnej płyty. Było to kilka epok temu. Gdyby był Belew, to miałbym mocno przyśpieszony puls. Ale nawet bez niego ta zapowiedź jest intrygująca.
-
@Lincoln Six Echo, wieczorem zaczynam.
-
Ciekawa anegdota Nie wiem, czy to Cię zaskoczy, ale... jeszcze nigdy nie czytałem literackiego pierwowzoru Ishiguro. W czasach, gdy czytałem dużo powieści, zawsze była w czołówce rzeczy do przeczytania, ale nie miałem swojego egzemplarza, w bibliotekach zawsze była przez kogoś wypożyczona, a lata nieubłaganie mijały... Film pokochałem od pierwszego seansu, jeszcze jako dzieciak właściwie, w 2000 roku. Zdarzało mi się go obejrzeć dwukrotnie w ciągu trzech dni. Może teraz nadszedł już czas na lekturę powieści.
-
Ależ to jest wersja.
-
Ten widok też lubię, choć obejrzałem tylko raz. Może warto kiedyś wrócić. "Okruchy dnia" za to ponad 10
