Tak sobie pomyślałem, że może w weekend kogoś zabawi mój stary felieton, którego ówczesna moja redakcja nie puściła parę lat temu, bo uznała, że jest zbyt kontrowersyjny politycznie. Felieton oczywiście o hi-fi:
Pozwolenie na hi-fi
Jak wiadomo, w naszym kraju bez ustawy ani rusz. Wszystko, począwszy od koloru ołówków dla pierwszoklasistów, kończąc na zalecanych wzorach obuwia dla kotów, powinno na dobrą sprawę znaleźć się w konstytucji, a jeśli to niemożliwe, to przynajmniej powinno być porządnie uregulowane ustawowo. Zanim trafi do kodeksu karnego.
W tej sytuacji trudno byłoby oczekiwać, że tematyka sprzętu hi-fi uniknie zainteresowania ustawodawcy no i w końcu stało się. Zaczęło się od śmiałego projektu przedstawiciela partii opozycyjnej Najwolniejsi z Wolnych, który puścił (niewątpliwie na tzw. rybkę) temat, żeby znieść wszelkie ograniczenia w dostępie do hi-fi. O ile samo Zgromadzenie Ustawodawcze zachowało jeszcze w tym momencie właściwą sobie wstrzemięźliwą ironię (czyli rzecz olało), o tyle w internecie zahuczało, przy czym wypowiadali się często-gęsto ci sami politycy, którzy w Zgromadzeniu nabrali wody w usta. Zaczął facet z partii Wolni, Ale W Ramach Prawa argumentując, że w Polsce nie ma prawie przemocy, w związku z tym pozwalanie ludziom na paradowanie z hi-fi po ulicy jest niecelowe, a cała inicjatywa bezprzedmiotowa. To stwierdzenie wywołało sporą burzę, przy czym argumentowano dość rozsądnie, że w hi-fi nie chodzi o katowanie obcych osób dźwiękiem na ulicach, tylko o hobbystyczne słuchanie samemu, ewentualnie w gronie najbliższych.
Przeciwnicy pomysłu poszli jednak za ciosem i zaprezentowali plakat, na którym umieszczono pytanie „Czy chcesz, żeby koledzy twego dziecka mieli hi-fi??”. Pytanie było oczywiście retoryczne, bo nikt dotychczas nie postulował, żeby hi-fi sprzedawano nieletnim, a także aby w ogóle pozwalano im się nim bawić. Bardzo słusznie, do dziś pamiętam, jak mój mocno wówczas nieletni potomek dorwał się jakimś sposobem do magnetofonu niezamkniętego w szafie pancernej i pociągnąwszy za kurek spowodował kompletne zawieszenie się starego Kasprzaka.
Oczywisty absurd takiego postawienia sprawy chwilowo spowodował impas, bo zwolenników wolnego dźwięku trochę przytkało, a przeciwnicy zamarli, zaskoczeni sukcesem. Jednak po paru dniach na ulice wyszły pikiety zwolenników hi-fi, wyposażone w repliki głośników i wzmacniaczy, które nagabując przechodniów demonstrowały im zalety tego typu sprzętu i przekonywały o jego całkowitej nieszkodliwości. Przy tej okazji rozdawano ulotki, w których znajdowały się informacje, że w sąsiednich krajach przypada do dziesięciu razy więcej sztuk hi-fi na obywatela, a takie akcesoria jak kable głośnikowe i podstawki pod sprzęt są w ogóle zwolnione z konieczności uzyskiwania zezwoleń. Co biorąc pod uwagę, jak długie są tradycje posiadania hi-fi w Polsce (w porównaniu z taką Słowacją lub Litwą) zakrawa na absurd. W odpowiedzi pewien polityk z niszowej partii Wolność Albo Śmierć zażądał interwencji policji argumentując, że odróżnienie prawdziwego (tzw. ostrego) sprzętu hi-fi od jego repliki jest na pierwszy rzut oka niemożliwe i że wskutek tego przechodnie mogą czuć się zagrożeni, nie mówiąc o koniach, które się płoszą. W efekcie szybko wprowadzono rozporządzenie, w myśl którego repliki sprzętu hi-fi można przenosić w miejscach publicznych tylko w stosownych pokrowcach, zasłaniających ich cechy bojowe. Przez cechy bojowe ustawodawca rozumiał pokrętła głośności oraz terminale głośnikowe.
Wyglądało to na impas, ale opozycja nie złożyła nomen omen broni i doprowadziła do pierwszego czytania projektu nowej ustawy o posiadaniu hi-fi. Zawarto w niej wiele postulatów, w tym konieczność zadeklarowania przez ubiegającego się celu, w jakim zamierza posiadać hi-fi (kolekcjonerski lub rekreacyjny), poruszono sprawę wolności stowarzyszania się amatorów tej rozrywki (proponowano wiele form stowarzyszeń z prezesami i składkami), a także zaproponowano, żeby użycie hi-fi było dozwolone tylko w domu w stosunku do rezydentów, natomiast zastosowanie na wolnym powietrzu wobec osób obcych było już ciężkim przewinieniem. Miał również powstać centralny rejestr sprzętu hi-fi, a jego posiadanie miało być dozwolone tylko osobom o nieposzlakowanej opinii w miejscu zamieszkania. Temu ostatniemu trudno się dziwić, sam bym nie dał zezwolenia na głośniki typom, które i bez nich hałasowali wcześniej na cały blok.
Internet zawrzał ponownie twierdząc, że to nie jest żaden wolny dostęp, tylko dalsze zniewolenia. Z kolei przeciwnicy projektu twierdzili, że przyjęcie tej ustawy doprowadzi do zdziczenia obyczajów i każdy, kto dotąd tylko krzyczał w domu na współmałżonka (bez wzmocnienia), dzięki nowej ustawie będzie teraz znęcał się nad mieszkańcami całej ulicy, którzy poczują się wskutek tego jak w Teksasie.
Długo trwały prace Zgromadzenia Ustawodawczego. Po pewnym czasie fale opadły i część opinii publicznej zapomniała, o co tak głośno walczono rok wcześniej. Toteż gdy ostatecznie w wielkim trudzi i znoju świat dzienny ujrzała ustawa dopuszczająca stosowanie kabli głośnikowych w dowolnych kolorach i łagodząca restrykcje w zakresie kształtu terminali głośnikowych, zaakceptowana dosyć zgodnie przez wszystkie partie zasiadające w parlamencie, mało kto już się nią zainteresował.
Julian