Dziś pozwolę sobie zaprezentować coś niedokończonego i ewidentnie niedopracowanego, ale końcowy efekt – jeśli do tego czasu nie będę musiał oddać klocków – pojawi się pewnie dopiero za parę dni. Ogólny kształt jest jednak już teraz.
Jak chyba każdy, kto był dzieckiem w latach 90., marzyłem o okręcie Lego. Niestety, nigdy go nie miałem, ale budowałem je ze swoich klocków. Do dziś w albumach rodziców są zdjęcia moich wersji „Sea Lion” – nigdy nie budowałem bowiem pirackich, na morzach zawsze stałem po stronie prawa i porządku, a wszystkich piratów zabijałem w swoich radosnych dziecięcych zabawach… Gdy parę dni temu podczas zabawy pojawiła się idea zbudowania okrętu, zacząłem z dostępnych klocków budować kadłub, żeby sprawdzić, czy nadal potrafię to robić swoją „warstwową” metodą – mając wszakże do dyspozycji znacznie więcej klocków. I tak oto stopniowo na nowo zanurzyłem się w czasie dzieciństwa, zupełnie jak w 1994 czy 1997.
Od razu muszę wyjaśnić słabą, niejednolitą kolorystykę – sporo klocków jest wykorzystanych w innych budowlach moich chłopaków. Gdybym miał do dyspozycji więcej czasu i… wszystkie klocki, to byłbym w stanie zbudować jedno- albo dwukolorowy kadłub, jednolitą rufę i dziób, spójne reje etc., ale niestety na razie nie było takiej możliwości (cóż, nie wypada mi chyba być aż takim egoistą). Powiedzmy, że mój admiralski okręt po rozbijaniu kolejnych pirackich jednostek łatał dziury w różnych portach…
Myślę, że „grywalność” tego projektu i tak jest całkiem spora – ja bawiłbym się nim chyba tygodniami. Mając do dyspozycji współczesne elementy mogłem np. zrobić otwierane ścianki do mesy kapitańskiej, luki prowadzące pod pokład (w sumie aż 4) itp. Maszty mają solidne umocowania i struktury dzięki osiom krzyżowym wypełniającym je w środku. Chyba nie dam niestety rady zrobić jednolitych pokryw dla ambrazur. Parę rzeczy jednak da się jeszcze poprawić, dodać trochę zdobień, lin, zrobić dzwon okrętowy i.... kotwicę. Może więc jeszcze trochę zabawy będzie