6:1, 1:6, 6:1. W sumie to już mówi sporo o poziomie meczu. Nie licząc "pokazówki" Sabalenki z Kyrgiosem, to chyba ten mecz był największą antyreklamą kobiecego tenisa, jaką widziałem w ostatnich paru miesiącach. Druga vs. trzydziesta trzecia aktualnie zawodniczka w rankingu. Znacie na pewno to uczucie, kiedy na ekranie telewizora dzieje się coś tak żenującego, że ogarnia Was wstyd i swoiste poczucie winy, chociaż przecież w żaden sposób w danym zdarzeniu nie bierzecie udziału. Ja tak dzisiaj parę razy podczas tego meczu miałem. Returny wywalane gdzieś prawie w publiczność, co chwila prosta piłka... prosto w siatkę, etc. No cóż... Ważny kolejny tryumf Najjaśniejszej Rzeczypospolitej nad orkami!