Widziałem trzy wersje, tę jako pierwszą - minęło już sporo lat, więc pamiętam ją najsłabiej, ale zapamiętałem, że seans był solidny.
No tu waga ciężka. Muszę przyznać, że... widziałem w całości tylko raz, w przerwie świątecznej w 2004 roku. Może powinienem wrócić do tego filmu? Bo wtedy po seansie pomyślałem, że fajnie, że nareszcie mam zaliczony, ale niedługo wcześniej po "Łowcy jeleni" byłem prawdziwie poruszony i zafascynowany, i obejrzałem w krótkim czasie jeszcze dwa razy.
Teraz mało oglądałem, ale po Mundialu zdążyłem obejrzeć dwa filmy:
- "Nocny kowboj" - to akurat też drugi seans po jakichś kilkunastu latach. Za pierwszym razem bardzo mi się podobał, a teraz... jeszcze bardziej Ależ tu jest kapitalny montaż, wręcz rozpoczynający nową epokę. Zdjęcia Holendra również wyśmienite. Smutek, samotność i gorycz rozczarowania - to, co w kinie amerykańskim lat 60./70. najlepsze.
- "Zaginiony horyzont" - a to akurat po raz pierwszy. Obejrzałem bodaj najbardziej kompletną wersję filmu, w której przez kilka minut słyszymy tylko oryginalny dźwięk na nieruchomych kadrach lub zdjęciach z planu. Ponad dwie godziny mijają szybko. Kwintesencja hollywoodzkiej przygody lat 30., ale z mocnym ideowym (i idealistycznym) wydźwiękiem. Colman bardzo dobry, ale obejrzałem też dla Thomasa Mitchella, który należy do moich ulubionych aktorów epoki klasycznego Hollywood.